chmurka28 | e-blogi.pl
_blog chmurka28
Afera z moim wielkim tyłkiem ciąg dalszy.... 2016-04-05

Minęło kilkanaście dni od tego jak mnie oddziałowa upokorzyła – i nie chodzi o to, że zwróciła mi uwagę ale o fakt w jaki sposób to zrobiła. Zdaje sobie sprawę, że jestem osobą otyłą. Ważąc 110 kg nie można fajnie wyglądać. Ja o tym wiem, walczę, ograniczyłam kalorie, wykluczyłam fast fudy, słodycze ograniczyłam do minimum. Jadam za to więcej nabiału, sery białe, kefiry, jogurty i otręby, kasze.... Przyjmując leki,chorując na niedoczynność tarczycy, borykając się z rosnącą depresją i niechęcią do świata trudno to zmienić.....Postanowiłam, że nie będę załatwiać mundurków w pracy! Nie i koniec nie będę biegać jak popierdułka z podaniami – do naczelnej, dyrektora szpitala i kierownika działu BHP. Do tego w ilości sztuk trzech musiałam wypełnić „protokół konieczności” W ogóle jak żyje 32 lata nie miałam pojęcia, że taki formularz istnieje. Mało tego nad moją osobą a właściwie moim wielkim tyłkiem zbierze się komisja w osobach : naczelna, oddziałowa mojego oddziału oraz ordynator. Po ustaleniu czy należy mi wydać umundurowanie opiniują i dopisują „werdykt” w wypełnionym wcześniej przez zemnie protokołu konieczności. Stwierdziłam, że nie będę tracić nerwów, czasu jakże ważnego i nie będę się zniżać do ich poziomu latając i roznosząc podania oraz protokoły. Opierałam się ale moja siostra doradziła mi zakup mundurków. Znalazłyśmy kobietę, która szyje na wymiar odzież medyczną w bardzo przystępnych cenach. Pomierzyłam się, złożyłam zamówienie i być może mundurki dotrą w tym tygodniu. Naprawdę jest mi przykro -nie z powodu tego, że mam duży tyłek i zwrócono mi uwagę, jest mi przykro, że osoby zajmujące wysokie stanowiska i wykształcone kultury osobistej nie posiadają albo posiadają ją na poziomie skrajnie niskim. Ten szpital jest znany z tego, że personel kierowniczy – oddziałowe, ordynatorzy i naczelna traktują ludzi gorzej niż ścierki od podłogi – poniżają, obrażają i stosują mobbing. Wiele jest o tym w internecie. Dlatego proszę Pana Boga o pomyślność na najbliższy rok -półtora i o to abym szybko zakończyła praca w tym szpitalu, zwolniła się i wróciła w swoje rodzinne strony. Znalazła pracę gdzie nikt nie będzie mnie obrażał, poniżał jak również inne osoby... Tyle pielęgniarki mówią o empatii, szacunki do ludzi a co robią – obrażają, poniżają, stosują terror, bo pieniądze się liczą i prestiż, ludzi mają za nic! I pielęgniarki i pacjentów. Pacjent – to, niestety upierdliwy, zrzędzący i problematyczny człowiek.... A pielęgniarka to kawałek materiału na który można splunąć, podeptać, kopnąć i gnębić psychicznie!!!




„Bo ma Pani za duże pośladki w tym mundurku.....” 2016-03-20

Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić, jak u mnie na oddziale oddziałowa traktuje człowieka, pracownika....W miniony wtorek zaraz po 7 rano gdy zaczęłam dyżur do dyżurki weszła moja oddziałowa Pani Z. Pęk zaczęła rozmowę z moją koleżanką Marzeną. Gdy weszłam do dyżurki spojrzała na mnie i tak oto mówi:Pani Agnieszko naczelna prosiła, żebym zwróciła Pani uwagę aby nosiła Pani dłuższy mundurek, taki aby zakrywał Pani pośladki. Jest Pani otyła i gdy chodzi Pani w zapiętym mundurku jego tył się podnosi odsłaniając Pani duże pośladki i wygląda to nieapetycznie...”Stanęłam jak wryta, zatkało mnie dosłownie. Nie chodzę w spódnicach tylko spodniach z grubszego materiału, nie prześwitujących, mundurki wyprasowane i czyste. Zatkało mnie. Nawiasem mówiąc Marzena nosi mundurki gdzie marynarka kończy się na linii spodni więc cała pupa jest odkryta tyle tylko, że Marzena jest szczupła a ja jestem osobą otyłą. Następnie oddziałowa poinformowała mnie o tym, żebym napisała podanie o mundurki w większym rozmiarze tak aby zakrywały mi tyłek z uzasadnieniem!!!!Zdębiałam po raz drugi. W uzasadnieniu mam napisać, że z powodu zwiększenia masy ciała proszę o mundurki w większym rozmiarze! Wżyciu bardziej idiotycznego podania nie widziałam!!!!!Byłam w tak ciężkim szoku, że jeszcze tego samego dnia wydrukowałam to cholerne podanie, załatwiłam zapotrzebowanie. Ów podanie miałam zanieść osobiście...Koleżanki również były zdziwione, rozbawione ale mi nie było do śmiechu. Poczułam się poniżona. Ja rozumiem, że jestem otyła ale nie obnażam się, nawet nie noszę makijażu ale naczelna nie lubi osób otyłych. Ponoć pacjenci mogą poczuć się urażeni, pytam się czym????żebym chodziła w spódnicy to bym zrozumiała. Koordynująca powiedziała mi, że „ponoć” ktoś w szpitalu z personelu się śmieje, ze mnie i mojego tyłka. Pytam się – kto konkretnie?? nie potrafiła mi powiedzieć, zrobiła duże oczy i poszła. W samym szpitalu jest około 20 kobiet, które ważą o 20 – 30 kg więcej jak ja. Owszem noszę rozmiar 48 ale są takie które noszą 56- 58. Poczułam się jak szmata- poniżona, ośmieszona, jak gdyby ktoś dal mi w twarz. Pomijam fakt, że nawet jeśli - to oddziałowa powinna zaprosić mnie do swojego gabinetu i tam wyjaśnić sprawę a nie robić to przy otwartych drzwiach przy osobach trzecich....Na drugi dzień, była to środa. Do lekcji angielskiego miałam jeszcze ponad godzinę więc wzięłam to nieszczęsne podanie i udałam się do szpitala – pod gabinet niegrzecznej naczelnej. Wysiedziałam się 45 minut po czym przyszła i oznajmiła mi, że jest tak zajęta, że nie ma czasu aby mnie przyjąć. No tak wręczenie podanie to kwestia około 3- 5 sekund. Nie udzieliła mi nawet informacji, kiedy znajdzie ten czas, za godzinę może dwie.....Wysiedziałam się prawie godzinę, na zajęcia się spóźniłam kwadrans, uwierzcie mi wyszłam ze szpitala i ciosałam łaciną, obryzgałam ją na czym świat stoi. Byłam wściekła!!!!!!! Straciłam swój czas....nic nie załatwiając a przecież to naczalnej zależało na tym – nie mi bo ja mam w czym chodzić i moje mundurki wcale nie są za małe na moją dupę. W czwartek pozostawiłam podanie z prośbą do oddziałowej aby wzięła to podanie i oddała niegrzecznej w moim imieniu skoro ona sama nie potrafi wygospodarować 5 sekund. W końcu oddziałowa jest u naczelnej codziennie na raporcie. Nie wiem jak zakończy się ta historia...... To tylko jedna z miliona sytuacji gdzie się obraża i poniżania personel, gdzie robią to oddziałowe i naczelna konkretnej placówki medycznej. Strasznie..... I to pielęgniarki, zdawać by się mogło osoby wykształcone, gdzie powinny zrozumieć pewne rzeczy takie jak to, że pielęgniarka tyje z powodu przyjmowanych leków..... a moja oddziałowa i naczelna wiedzą o tym, że takowe leki przyjmuję. Z drugiej strony wierzcie mi, potrafię przyjąć krytykę jeśli jest słuszna ale naprawdę nie uważam, żeby mój tyłek był tak strasznie wielki, aby raziło to kogokolwiek..... Tym bardziej, że nigdy nie było sytuacji, żeby ktokolwiek nawet w żartach zwrócił mi uwagę, że wszystko we mnie jest ok, ale dupę to mam za dużą......


O oddziałowej słów kilka.... 2016-03-05

Pracując na Intensywnej Kardiologii na Południu Polski wiele widziałam, wiele słyszałam i też wiele się rozczarowałam. Nie wiem czy każda oddziałowa jest taka sama dla swojego personelu jak moja ale wiem, że taką jak moja to ze świecą szukać. Moja oddziałowa – lat 48. Wiele z jej słów padło przykrych słów. To, że nas obraża jest na porządku dziennym, że wywiera na nas negatywny wpływ – również. Mobing – mamy to na co dzień. Nigdy się za nas nie wstawiła, nigdy nie pochwaliła, przez 10 lat jak tam pracuję nie słyszałam z jej ust słów - „przepraszam”, „dziękuję”....Wiele Was zapyta – dlaczego?dlaczego pozwalamy się tak traktować i poniżać. Odpowiedź jest prosta – ze strachu. Ostatnio sama mi powiedziała wprost, że podpisała moim nazwiskiem kartę urlopową. Dopuściła się przestępstwa. Wiemy o tym wszystkie. Podpisuje za nas, łamiąc tym samym prawo, karty pracy, urlopy podrabiając nasze podpisy – robi to od dawna. Słyszałam o tym, koleżanki mówiły ale gdy usłyszałam to z jej słów postanowiłam coś z tym zrobić. W najbliższym czasie zejdę do kadr i poproszę o moje karty urlopowe z ostatnich 2 lat. Skseruje je a chwili gdy będę się zwalniać pójdę z tym do prawnika a następnie do gazety. Na początku tego bloga opisywałam jak mnie potraktowała, jak upokorzyła...Wierzcie mi, krzyczy gdy zadzwoni się z informacją, że jest się chorym, twierdzi, że antybiotyk, gorączka, biegunka, ból to nie są powody do tego aby brać zwolnienie lekarskie. Dzieci to dla niej - „bachory”. W chwili gdy koleżanki biorą zwolnienia na chore dzieci najczęściej słyszą aby zwolnienie wziął ojciec owych chorych dzieci. Jedynym powodem naszej nieobecności w pracy jest nasza śmierć!! Krzyki, czepianie się o każdą błahostkę to standard...Krzyczy na nas nie tylko w obecności naszych koleżanek ale również w obecności pacjentów. Bardzo to profesjonalne. Nie ma wyższych uczuć....Nie uznaje czegoś takiego jak rodzina, nigdy chyba jej nie miała. Dla niej ważne jest tylko to aby ona miała obsadę na dyżurze, abyśmy były 100% dyspozycyjne, na każde jej zawołanie. Odmówienie jej czegokolwiek kończy się krzykiem i tym, że się nasza oddziałowa na nas potem mści. Dwa dni temu jednej z koleżanek zmarł ojciec. Starszy człowiek, chorował. W zeszłym tygodniu owa koleżanka poprosiła o urlop opiekę nad chorym rodzicem, jest taka możliwość raz do roku. Maksymalnie przysługuje dwa tygodnie. Tak podaje kodeks pracy. Poprosiła bo stan taty ciężki, mieli go wypisać ze szpitala we wtorek lub środę. Więc dziewczyna chciała skorzystać z owego urlopu aby pomóc tacie w domu po długim przebywaniu w szpitalu. Niestety oddziałowa odmówiła. Powód – ten co zawsze – mało personelu, zaległe urlopy itd... W minioną środę gdy jej ojciec zmarł w domu, moja koleżanka była na dyżurze. Po otrzymaniu informacji o jego śmierci Marta poszła do naszej oddziałowej z żalem... Powiedziała jej, że nawet nie dostała szansy pożegnania się z tatą, chociaż tak ją prosiła o te kilka dni – tak bardzo. Bulwersujące jest to, że nasza oddziałowa zamiast dziewczynie współczuć, ewentualnie w ogóle się nie odzywać nakrzyczała, że przecież to nie jej (oddziałowej) wina, że jej ojciec akurat wybrał sobie ten a nie inny dzień na umieranie. Wszystkie, które to usłyszałyśmy po prostu zaniemówiłyśmy....Czy potrzeba jeszcze coś komentować.....Tak sobie myślę, że nasza oddziałowa ma braki emocjonalne – chyba nikt w życiu jej nie kochał, nie darzył ciepłymi uczuciami, jest sama i samotna, nie ma rodziny, męża, rodziców, żadnych życzliwych ludzi wokół siebie. Pracowała na to wiele lat, jej brak empatii, uczuć mam nadzieję, że doprowadzi ją do tego, że te wszystkie rzeczy, które zrobiła nam, te wszystkie obelgi, złe słowa wrócą do niej z potrójną siłą...


Gdy człowiek człowiekowi odbiera życie...... 2016-02-14

Już dawno mnie nie było tutaj – przepraszam wszystkich tych, którzy ewentualnie czekali na moje wpisy. Znane jest powiedzenie „każdy lekarzyk ma swój cmentarzyk” jakie to prawdziwe. Dwa tygodnie temu byłam w pracy świadkiem tragicznej śmierci. Zmarł młody mężczyzna- mąż, ojciec, zaledwie dwa lata starszy ode mnie.... Dramat rozegrał się na zmianie dyżuru, za oknem padał deszcz, pogoda okropna. Do rozpoczęcia miałam jeszcze kilkanaście minut postanowiłam się nie śpieszyć usiadłam w naszym mikro pokoju. Zagotowałam wodę na kawę....Słyszałam tylko krzyki ów człowieka, że nie może oddychać, że źle się czuję. Biegi.... kroki, podniesione głosy.... wyraźnie coś się działo. Gdy objęłam dyżur na małej sali reanimacyjnej było jak się nie mylę 7 osób, lekarzy i pielęgniarek, ogólnie panował tłok.... Reanimacja trwała na całego.... Z racji tego, że uznałam, że ja – jako ósma osoba, będę zbędna i mogę tylko przeszkadzać postanowiłam doglądać pozostałych pacjentów. W między czasie biegałam kilkanaście pięter niżej do szpitalnego laboratorium z badaniami. Dziwne będzie to co teraz napiszę ale uwierzcie mi, że tak czułam, miałam jakieś takie silne przeczucie. Mianowicie, gdy zaczęła się reanimacja , czułam całą sobą , że nic z tego nie będzie- że ów człowiek umrze – nie wiedziałam wówczas kto to- młody czy stary, nic nie wiedziałam. Na korytarzu w obecności starszego mężczyzny siedziała jak się potem okazało żona ów młodego mężczyzny – Filipa. Żona – Krystyna – ani ładna ani brzydka – zwykła młoda kobieta jak ich wiele.


Niby nasi lekarze o Filipa walczyli, ale..... W międzyczasie gdy reanimacja trwała jeden z naszych lekarze wykonał tzw. USG serca na którym padły słowa - „jest krew w osierdziu, chyba przebite”. Na początku nawet nie zwróciłam uwagi na te słowa. Po godzinie Filip zmarł. Moja koleżanka popłakała się, widząc dramat tej rodziny, mało tego gdy po wykonaniu czynności związanych ze zgonem dostałyśmy informacje, że z Krakowa jadą rodzice tego chłopaka – do żywego syna...... Po dwóch godzinach rodzice, żona i jej ojciec oraz brat zmarłego przesiedzieli przy nieboszczyku dwie godziny zanim się z nim pożegnali.....


Kilka dni temu dowiedziałam się, że prawdopodobnie za śmierć odpowiada fakt, że podczas badania tętnic serca doszło do przebicia serca co spowodowało tamponadę serca. Jak bumerang wróciły do mnie słowa „krew, przebite....” Dlaczego nie wezwano kardiochirurgów??? Dlaczego, skoro wiedzieli, że to tamponada, dlaczego???? Dodatkowo lekarz, który przeprowadzał zabieg znany jest raczej z tego, że często popełnia błędy. Owszem teoretykiem jest świetnym jeśli zaś chodzi o zabiegi manualne pozostawiają one wiele do życzenia..... Mało tego prawdopodobnie rodzina chciała przeprowadzić sekcję zwłok, jednak nasi lekarze odwiedli członków rodziny nieboszczyka od tego zamiaru. Sama byłam świadkiem wielu błędów lekarzy, błędów, które kończyły się zgonami. Ale zawsze można zwalić na wiek chorego, na całokształt obrazu klinicznego, na choroby towarzyszące dodatkowe.....


Uwierzcie mi lekarze to mafia. Nie wierzcie w ich zapewnienia.... Dlatego nienawidzę tej pracy – my pielęgniarki słyszymy wiele, widzimy wiele, laik nic z tego nie zrozumie, lekarze mącą.... Gdy popełnią błąd zawsze to zatuszują. Kolega kolegę będzie krył.


Tak sobie myślę, że podczas reanimacji Filipa, nasi lekarze celowo nie zwołali kardiochirurgów, ponieważ wówczas musieli by powiedzieć co i jak, że komora przebita, za dużo „świadków...”A tak powiedzieli, że zawał ciężki, że pacjent obciążony cukrzycą, że tak bywa.....


A we mnie aż się gotuje......Ile razy byłam świadkiem – pacjent o własnych siłach przychodził na rutynowy zabieg a wychodził zapakowany w czarny worek nogami do przodu, bo jak się potem okazało któryś z młodych lekarzy się uczył....... i no nie wyszło..... a rodziny przynoszą prezenty – i dziękują cichym zabójcom. Boże chroń nas od takich......chroń....


Ja wiem, że ktoś powie, że to wkalkulowane jest w ryzyko ale masę ludzi umiera przez błędy lekarzy i puki kolega lekarz będzie krył innego lekarza ten proceder będzie trwał. Nawet dokumenty fabrykują.... Jesteście w szoku, zapewne – ja również dlatego nienawidzę tej roboty. Tak mi to ciąży na duszy, tak mi z tym źle..... Ale co mogę. O błędach wiemy my – pielęgniarki ale żadna nie odważy się z tym pójść do kogokolwiek, nie ma dowodów nie ma winy. A lekarze jeśli jest ich kilkanaście mają władzę niekiedy większą od niejednej władzy..... A my jesteśmy tylko pionkami w tej nierównej walce.....


Jak pracę pielęgniarki a jak pracę lekarza widzą pacjenci i ich rodziny - prawda nr 1 2016-01-23

Pielęgniarka – co to za zawód????Przede wszystkim chcę prosić wszystkich o to - aby nigdy nie zwracali się do pielęgniarek zwrotem „siostro”.



 Osobiście dostaję białej gorączki gdy słyszę jak obcy człowiek woła „siostro......” Tylko moje rodzeństwo ma przywilej zwracać się do mnie tym zwrotem. Utarło się tak dziesiątki lat temu i tak zostało......na nasze nieszczęście :-)



Siostry są w klasztorze – siostry zakonne, choć osobiście mam wątpliwości czy zakonnice lubią to określenie? Trzeba by było osobiście je zapytać.



 Tak samo szlak mnie trafia gdy słyszę, że pielęgniarstwo to służba- jak służba????? pytam się ja???? Pielęgniarstwo to zawód – jak piekarz, nauczyciel, inżynier. Wymaga wielu lat nauki, studiów , szkół i lat nauki - niezwykle ciężkich lat nauki. To żadna służba to konkretny fach, umiejętności i wiedza przełożona na praktykę!



 W zawodzie jestem od 12 lat! Widziałam dużo, wiele złych rzeczy usłyszałam i zobaczyłam! Starsze koleżanki pracują często jak maszyny, z rozbiegu, ze zmęczenia... W głowie mają setki spraw, praca, rodzina, dzieci, mąż, rodzice, takie jak Wy wszyscy- jesteśmy kobietami, matkami, żonami, siostrami naszego rodzeństwa, ciociami, babciami, córkami, a mimo to w pracy jesteśmy profesjonalistami – nie rzadko mamy więcej wiedzy niż nie jeden lekarz. Dlatego będąc w szpitalu spójrzcie na pielęgniarki jak na zwykłe kobiety - mające rodziny, swoje problemy, swoje pasje, jesteśmy zwykłymi ludźmi. Naprawdę staramy się naszą pracę wykonać rzetelnie. Jeśli nawet trafi się pielęgniarka nie miła, pomyślcie, że prawdopodobnie jest zmęczona, bo od pół roku nie miała urlopu, oddziałowa wprowadza nerwową atmosferę....Powodów może być tysiąc.....



Osobiście przez te lata byłam świadkiem tego jak lekarz tracił głowę, nie wiedział jak postąpić.... Sam się pytał „ a Wy ( pielęgniarki) co zazwyczaj robicie????? A my na to, „doktorze – dajemy to i to i to i to we wlewie takim i takim...... Aha to zróbcie tak jak zazwyczaj.... „



 Zazwyczaj lekarze nie odnoszą się do nas z szacunkiem.... Są opryskliwi i wielokrotnie nieprzyjemni....Pomimo, że nieraz ratowaliśmy ich tyłki. Traktują nas na wzór Pan (lekarz) - Sługa (pielęgniarka). Ale nie chodzi tylko o hierarchę ale również o zwykłą kulturę osobistą. Czym my dla niech jesteśmy???? Gorszą kategorią ludzi?? Dla mnie zawsze człowiek był traktowany na równi i z godnością. Obojętnie czy to lekarz, salowa, księgowy, rolnik, bezrobotny, czy jest biedny czy bogaty..... Uwierzcie, że lekarze równie często wyśmiewają się z pacjentów, że są biedni, że im słoma z butów wystaje, komentują wygląd i zachowanie.... Często jestem świadkiem takich niemiłych komentarzy zwłaszcza jak na dyżurze muszę podejść do dyżurki aby oddać dokumenty lekarzom. Nasłucham się.... Nas pielęgniarki też komentują.....


Ale najbardziej śmieszy mnie postępowanie pacjentów gdy po pobycie w szpitalu przez 5 dni ów pacjent leci do lekarza z naręczem kwiatów, winem.... i słowa tych ludzi albo ich rodzin wręczających te dowody wdzięczności „ to dla pana doktora w podziękowaniu za opiekę”. Zrobiłam kiedyś taki eksperyment po takiej sytuacji i pytam się tego pacjenta, który wręczał ten upominek -  dziękował Pan lekarzowi za opiekę.... Zapytałam się- a ile razy ów dany lekarz był u pana???? Pacjent – 6 razy. Pięć razy na wizycie i szósty jak wręczał wypis..... Rozumiem, i rozumiem, że podawał Panu leki, ścielił łóżko, podawał wodę, zmieniał pampersa gdy oddał Pan stolec, strzelił defibrylatorem gdy wpadł pan w migotanie komór..... To pielęgniarka upominała się o to, że nie ma Pan rozpisanych leków, to pielęgniarka zmieniła Panu pampersa, chociaż waży Pan 130 kg, to pielęgniarka upomniała się aby lekarz zlecił Panu badanie krwi na oznaczenie poziomu cukru bo wspominał Pan że kilka miesięcy temu miał Pan ów poziom podwyższony a pan doktor nie zanotował tego zbierając wywiad z Panem....To pielęgniarka użyła defibrylatora bo lekarz akurat spał w dyżurce i nie słyszał alarmu........



 Nie chodzi mi o to, aby nosić nam - pielęgniarkom kosze kwiatów i czekoladek ale o to, że ludzie nie widzą naszej pracy, a wystarczy zwykłe „dziękuję”



 Ludzie widzą, tylko doktora i zdaje im się, że lekarz opiekuje się pacjentem????A co to jest opieka???? Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie. Owszem lekarz widzi raz, czasami dwa razy dziennie pacjenta na wizycie na podstawie starych wypisów rozpisze leki i to wszystko. Niekiedy zrobi jakiś zabieg.....



Tak widzą pracę pielęgniarek i lekarzy pacjenci!


Do Wszystkich!!!! 2016-01-23

Kochani będąc już na skraju sił, chce się Was zapytać o to, czy chcielibyście poczytać o życiu polskiej pielęgniarki pracującej w polskim szpitalu????


Chciałabym w ten sposób Wam - wszystkim przedstawić realia takiej pracy, to co się dzieje w służbie zdrowia...... Ale przede wszystkim chce w ten sposób pokazać to jak polskie pielęgniarki traktują lekarze, jak polskie pielęgniarki traktują się na wzajem oraz jak naszą pracę widzą i jak nas traktują pacjenci ich rodziny oraz szereg osób ze środowiska medycznego jak również z poza jego kręgu.




Jestem pielęgniarką - więc mój blog będzie przedstawiał pracę od kuchni. Czy chcecie??? Jeśli tak dajcie znać!!!


Pozdrawiam


Coś pękło.... coś się skończyło.... 2014-11-04

I jak to jest, że człowiek oddaje się bezgranicznie drugiemu człowiekowi. Oddaje ciało, duszę, myśli, swój czas, dzieli się wszystkim tym co ma: myślami, spostrzeżeniami, gestami, słowami, a po jakimś czasie potrafi przekreślić kilkanaście lat bycia z kimś najbliżej jak się tylko da, bo nie o fizyczność tu chodzi a o jedność duszy. O tak idealne zgranie myśli, odczuć, wspomnień, wspólnych przeżyć, radości, smutków, łez, o identyczne, harmonijne zgranie myśli, poglądów, odczuć, sugestii, opinii na te same sprawy. Już to zaakceptowałam, że tak się stało, że Beata podjęła taką a nie inną decyzję. Nie jestem z tym pogodzona, ale to akceptuje – wreszcie, po 5 latach. Staram się mimo tego bólu, który mam w sercu, tego żalu, tych łez często wylewanych ale już nie codziennie jak jeszcze do niedawna dziękować Beacie, za to, że była, że miałam okazję z nią przebywać, dzielić dni, czas, dziękuję Bogu, że postawił ją na mojej drodze, że mogłam z nią rozmawiać, że dała mi najpiękniejsze lata mojego życia. Mimo tego, że nie podziela tego ze mną, ponieważ wyrzuciła mnie ze swojego życia, ja jej dziękuję. Siostrą będzie dla mnie zawsze i tego czy chce czy nie, czy jej się to podoba czy też nie siostrami jesteśmy już na zawsze. W jej żyłach płynie moja krew, w mojej płynie jej krew. Mimo wszystko..... tak będzie do końca naszych dni. Nie wydaje mi się aby decyzję o wyrzuceniu mnie ze swojego życia podjęła samodzielnie. Od dłuższego czasu czułam i nadal tak jest, że to jej postanowienie nie było tylko Jej decyzją. Zawsze odkąd pamiętam sugerowała się tym co powie Daniel i Romek, od zawsze tak było. Wszystko musiała z nimi skonsultować. Myślę że w naszej sprawie to znaczy Jej i mojej też tak jest. To się po prostu czuję. A moje odczucia do osób, którym oddaje moją duszę i serce nie mylą się.



Samo to, że ten jej ostatni mail do mnie, odpisała po 2 miesiącach. Sam tekst był lakoniczny, mówiący o tym, że się zmieniła, że ma teraz więcej siły, że jest mocna, odcięła się od ludzi, którzy ją zabijali – to również skierowała do mnie tak to odczułam, przecież całkowicie się ode mnie odcięła, zerwała jakikolwiek kontakt, jakikolwiek..... Jak to ładnie ujęła „odcięła się od osób, które nie dorównują jej poglądowi egzystencjalnemu. Nie ogranicza jej już ludzki banał, czuje się wolna, odzyskała równowagę na tym poziomie, dopiero teraz czuje, że żyje...nie jest już tą samą osobą co kiedyś, nie marnuje czasu...” Więc wygląda na to, że nie dorównuję jej poglądowi egzystencjalnemu, jestem banalna jak dla Niej, ograniczałam ją, jednym słowem byłam czymś złym w jej życiu bo dopiero teraz jak mnie z niego wykreśliła poczuła się wolna i szczęśliwa. Przykre ale nie będę walczyć z kimś kto tak postępuje. Kiedyś przeczytałam pewne zdanie „ Ludzie się nie zmieniają – to my ich lepiej poznajemy” I to jest prawda. Każdy człowiek popełnia błędy, ale trzeba się do nich umieć przyznać, przeprosić, pochylić głowę nad sobą, umieć przyznać się przed innymi i samym sobą, że nie jesteśmy idealni. Beaty mail brzmiał trochę jak list kogoś kto wpadł pod wpływ jakiś złych osób, sekty, jakieś grupy ludzi, którzy manipulują innymi. Tak to odebrałam. Beata była przynajmniej kiedyś silną osobowością, miała swoje zdanie, swój światopogląd, kanon postępowania życiowego. A tu teraz po tym mailu jakby Romek i Daniel zrobili z jej mózgu sieczkę, jakby ją buntowali. Mam nadzieję, że kiedyś spadną z jej oczu klapki, które właśnie teraz ją ograniczają.



 



Żal pozostanie, ból również, łzy czasami także popłyną. Ale stało się, trzeba móc to przyjąć do siebie, zaakceptować to, chociaż serce i rozum się nie zgadza, nie godzi na taki koniec, to trzeba się z takim losem pogodzić, chociaż tego losu nie jestem sprawczynią a tylko pośrednią osobą, którą dotknął ów los,muszę to przyjąć, zaakceptować pomimo tego, że się z takim stanem rzeczy nie godzę. Takie życie.....



 



Zawsze będę sobą, i jak ostatnie lata pokazały, mój stosunek do życia jest taki sam jak niegdyś, owszem pewne decyzje powodują, że wybiorę inaczej, wbrew sobie aby zminimalizować, wybrać mniejsze zło. Ale wówczas o tym otwarcie mówię. Czasami między złem a gorszym złem trzeba wybrać to mniejsze zło ale mówię o tym....... otwarcie, ubolewam nad każdym błędem, niepowodzeniem, ale życie pisze różne scenariusze. Mam nadzieję, że Beata któregoś dnia zrozumie to i że wówczas nie będzie za późno.....


 


I TYLKO KONI ŻAL...... 2014-08-07

Chciałabym podzielić się z Wami moimi odczuciami odnośnie mojej kilkudniowej wycieczki do Zakopanego. Miejscowości tak zachwalanej przez wszystkich dookoła. A mnie osobiście rozczarowała. Pobyt był krótki zaledwie 3 dniowy w ostatni weekend czerwca. Miasto bardzo mnie rozczarowało. Oczywiście góry piękne, widoki, potoczki ale cała reszta...... totalne rozczarowanie. A górali jak na lekarstwo. Dosłownie przez 3 dni widziałam jedną prawdziwą góralkę, w prawdziwym góralskim stroju. Była to babcia, która dosłownie miała 80 lat tak co najmniej. Kroczyła małymi kroczkami przez mostek nad zakopiańskim potoczkiem. Widok bardzo pozytywny. Owszem byli górale przebrani w białych koszulach i tych śmiesznych spodniach jednak na Gubałówce, kilku na Krupówkach i kilku w karetach konnych wożących turystów po mieście. A Krupówki – po prostu beznadzieja. Wiedziałam, że jest to jedna z głównych ulic Zakopanego, deptak ale to co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania – niestety bardzo negatywnie! Masę banków, sieci z ubraniami tzw. sieciówek typu C&A, New Yorker i inne, Rosmany, sklepy z butami i sprzętem narciarskim. Jakaś porażka. Kilka budek z oscypkami, kilka knajp z kebabem. Jednym słowem wszystko to co się nie kojarzy z górami i Zakopanym. Wieczorem, mnóstwo potłuczonych butelek po piwie i podchmieleni turyści większości krajów Europy. Byłam nie mile rozczarowana, zdegustowana, zawiedziona. A gdzie ten folklor, a tam Turek, knajpa włoska, pizzerie i 2 knajpy serwujące regionalne specjały. PORAŻKA!!!!!!!



 



Dumna byłam, że drugiego dnia pobytu dałam radę przejść dystans 18 kilometrów pieczo z Palenicy Białczańskiej do Morskiego Oka, z czego połowa trasy tj 9 km do Morskiego Oka pokonuje się pod górę jednocześnie pokonując różnicę 400 metrów. Odchorowałam to owszem, pokrzywiło mnie, ból przeszywał całe ciało, nogi, kark ale dałam radę :-) O własnych nogach, pomimo mojej sporej nadwagi, duszności. Musiałam mieć wysokie ciśnienie bo w głowie mi pulsowało a ciało spuchło okrutnie, palce i dłonie miałam tak opuchnięte, że w pewnym momencie sama się przestraszyłam. Jednak to całkiem normalne – w górach tak jest: rzadsze powietrze, ciśnienie inne, wysokość swoje robi. Organizm całe życie na nizinach a tu taka zmiana :-) Tylko tych biednych koni żal. Biedne popłakałam się jak je widziałam takie zmęczone, ledwo żywe ciągnące wozy z turystami, którzy o zgrozo zajadali się kanapkami, czipsami i słonymi paluszkami. Miałam ochotę tym wszystkim ludziom zaserwować kulkę w głowę. Ale historia koni z Morskiego Oka to osobna historia. Odsyłam Was do źródeł w internecie.



 



Ogólnie pobyt udany aczkolwiek samym miastem jestem negatywnie rozczarowana. Ale góry, widoki, przyroda to jest to co kocham i cieszę się że tam byłam! TYLKO KONI ŻAL.......


Marzenie 2014-05-01

 


W związku z tym co mi proponował Pan P. udałam się w drodze do domu do mojego kochanego miasta. W sumie nadrobiłam kilka kilometrów a zważywszy na fakt, że miałam samochód pojechałam. Była sobota, piękny dzień - słońce świeciło. I naprawdę potrzebowałam tej półtorej godziny aby pomyśleć pozbierać myśli, odpocząć. Pochodziłam po uliczkach, napiłam się kawy na skwerze przy fontannie. To miasto ma coś magicznego w sobie. Czułam się taka spokojna, taka wolna, taka szczęśliwa. Kocham to miasto, ma w sobie jakąś magię, coś co mnie tam ciągnie. Serce mi krwawi, że tam nie mieszkam, nie pracuje, nie żyję. Brak mi środków, żeby rzucić w cholerę



obecne miejsce pracy, miasto w którym mieszkam na co dzień. Byłabym w stanie rzucić pracę i zacząć coś na nowo, ale nie mam żadnych oszczędności, żadnych, żyje z miesiąca na miesiąc i jeszcze muszę pożyczać pieniądze bo niestarcza mi do kolejnej wypłaty. A aby chociażby zorganizować przeprowadzkę trzeba mieć coś zaoszczędzone, bo potrzebowałabym pieniędzy na transport, wynajem jakiegoś pokoju do mieszkania, coś na start. I tylko brak kasy mi to uniemożliwia. Tutaj czuję się źle, nic mnie nie cieszy, duszę się jak ryba pozbawiona tlenu. A tam – tam nawet powietrze ma inny zapach i smak, czuję że to miejsce jest dla mnie, że tam byłabym szczęśliwa, na pewno bardziej niżeli tutaj. Tam jak jestem czuję, że żyję, świat wydaje się inny, czuję taką radość w sobie. TO się czuję! Taki wewnętrzny spokój!!!!! Może jak już zaoszczędzę pieniądze to wtedy. I właśnie od soboty mam taki cel! - Zaoszczędzić około 5 tysięcy aby zacząć wszystko od nowa! Zmienić pracę, mieszkanie, to okropne miasto, które wysyca ze mnie wszystkie siły życiowe i które szczerze nienawidzę! Tak na początek, żeby móc się tam przeprowadzić, coś wynająć. Taki mam plan i cel. Zanim nie sączyłam drugich studiów obiecałam sobie, że jak zrobię magisterkę, to się właśnie przeprowadzę właśnie tam. Niestety studia już prawie rok jak je skończyłam i nadal gniję tutaj, ale to tylko przez brak kasy. Jeśli miałabym chociaż 5 tys. - tyle aby starczyło na przeprowadzę i wynajęcie czegoś już dawno mnie by tutaj nie było. Dlatego teraz zaciskam pasa na maksa! Zero ciuchów, pierdół, lepszego jedzenia, wydawanie pieniędzy na „głupoty” . Tylko to co jest niezbędne! Muszę odłożyć pieniądze i się stąd wynieść bo czuję, że jeśli tego nie zrobię, to będę wegetować jak do tej pory – a ja już nie chce! To mnie zabija, nie chce tak żyć!!!!!!!!!!!!Chce być szczęśliwa i będę się starać na maksa!!!!!Trzymajcie za mnie kciuki!!!!! Chcę żyć – nie wegetować!!!!


Niemoralna propozycja 2014-05-01

 


Minione 1,5 tygodnia były dziwnym czasem dla mnie. Dziwnym pod względem pewnego człowieka, który złożył mi niemoralną propozycję. Kręcił coś kręcił, jakież było moje zdziwienie gdy okazało się co tak naprawdę ma na myśli. A mowa o Piotrze G. Widziałam się z nim dosłownie 3 razy w okresie 13 miesięcy. Nie byliśmy na żadnej kolacji nawet na spacerze a on wyjechał z tekstem, bo potrzebuje, bo chce, bo nie chce już czekać bo ma swoje lata a ja wydaję się mu odpowiednia. Wierzyć mi się nie chce. Ponoć coś czuje ale brak mu odwagi. A ja niestety nie czuję do niego NIC, chyba nawet sympatii. Jest mi totalnie obojętny, żaden to dla mnie kolega czy znajomy po prostu ktoś kto mnie irytuje. Próbowałam już go kilkakrotnie spławić, aby odczepił się ode mnie ale niestety to nie jest takie proste. W ogóle mi się nie podoba jako facet – w żadnym najmniejszym stopniu nawet. Z wyglądu porażka, ma dziwny styl chodu, nosi tą idiotyczną czapkę z daszkiem, chudy taki, taka sierota. Nie żebym ja była jakąś super panna, mam nadmiar kilogramów i w ogóle ale bez przesady, a on nawet zachować się nie umie, taka sierota. Zero faceta w nim, taki mamin synek, zero ambicji, zero samodzielności. Zadałam mu pytanie, że pójście do łóżka z kobietą nie kłóci się z jego pobożnością, odpowiedział, że nie bo Pan Bóg wybacza takie rzeczy ludziom. No tak nie ważne z kim ale ważne, że w ogóle. Nawet nie przekonuje go fakt, że do łóżka powinno iść się z kimś kogo się kocha. Tym bardziej, że to miałby być jego „pierwszy raz”. Mam swoją godność i sory wielkie ale to ponad moje siły. Poza tym nic do niego nie czuję – NIC!


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]